The Good, The Bad And The Queen – „The Good, The Bad And The Queen”

8 stycznia 2007
ok. 2 minut czytania

Debiutancki longplay formacji, o mało wyszukanym tytule „The Good, The Bad And The Queen”, jest mocno przekombinowany. Tak, jakby Albarn chciał udowodnić, że nie tylko potrafi pisać świetne, przebojowe piosenki („Dare” Gorillaz), nagrywać przepiękne, przemyślane, niemal doskonałe płyty („Think Tank” Blur) czy eksperymentować nieznośnie (solowe „Democrazy”). Mam wrażenie, że tym albumem muzyk próbuje pokazać, że jest lepszy niż Thom Yorke i bracia Gallagherowie razem wzięci. Materiał stanowi bowiem rodzaj nieudanego kompromisu między intelektualnym artyzmem a prostym graniem. Z jednej strony mamy bowiem dość zwyczajne utwory, zalążki czegoś, co w repertuarze i po obróbce Blur miałoby szanse równać się z najlepszymi kawałkami w dorobku bitpopowców – jak „The Universal”, „Tender” czy „Out of Time”. Z drugiej strony: udziwnione, ascetyczne aranżacje tłamszą potencjał kompozycji. Tam, gdzie powinny wybrzmiewać natchnione smyki i szalone gitary, pojawiają się jakieś chrapnięcia i beknięcia klawiszy, tudzież pobrzękiwania gitar i świdrujące dźwięki.

I tak właściwie nie wiadomo, po co ten krążek powstał. Do radia niezbyt się nadaje, samotne przebywania z tą twórczością raczej męczy i nuży, a i docenić dzieła z czysto artystycznego aspektu nie sposób, mając w myślach wcześniejsze dokonania Albarna.

Jeśli kapela The Good, The Bad And The Queen ma być dla Anglika odskocznią przed kolejną płytą Blur, jestem gotowa wybaczyć mu wszystko. Jeżeli natomiast stanowi nową ścieżkę, którą Albarn zamierza podążyć, może lepiej niech się zatrzyma, dopóki z geniusza nie zmienił się w dziwaka.