The Twilight Sad – „No One Can Ever Know”

14 marca 2012
ok. 2 minut czytania

„No One Can Ever Know” to fajna płyta. Jej fajność rośnie wraz z numerami odtwarzanych utworów. Tak się złożyło, że The Twilight Sad to, co najlepsze zostawili pod koniec. Choć nie unikną skojarzeń z popularniejszymi kolegami z Editors za „Another Bed”, a z Killing Joke za „Kill It In The Morning”. Skojarzenia to może i przekleństwo, jak głosił pewien kabaretowy tekst, ale wymienione dwie piosenki to mocne, energetyczne pozycje o potencjale radiowym, zaryzykowałbym nawet, że przebojowym. A promocja Szkotom na pewno się przyda, bo reszta numerów to raczej tło do popadania w wielki smutek lub depresję.

Jednakże tło to jest warte podziwiania. Zwłaszcza dla tych, którym nie przeszkadza to, że Szkoci zamiast szukać swojego wizerunku za wszelką cenę, raczej odświeżają stare dźwiękowe obrazy. Przeważają nawiązania do wspomnianego Curtisa i Joy Division, ale można się dosłuchać też rodaków The Twilight Sad z The Jesus And Mary Chain, wczesnego The Cure. Pobrzmiewa chwilami Depeche Mode i Cabaret Voltaire. Panowie nawet pożyczyli na sesję analogowe syntezatory od Bena Hilliera, który wcześniej pracował właśnie z „depeszami”. Zgrzyta nam co pewien czas chropowaty, wczesny Killing Joke plus Gang Of Four oraz stary industrial. Przeważa chłód, zaś klimat jest smutny, mroczny i nierzadko dołujący. The Twilight Sad idealnie wpasowaliby się w line-up naszego Castle Party. Podlany rozpaczą głos Jamesa Grahama, który śpiewa z twardym, szkockim akcentem, w zamkowych murach Bolkowa śmiem twierdzić, że pasowałby idealnie.

Choć będziemy się łapać na tym, że gdzieś to już słyszeliśmy, będziemy równocześnie odczuwać sporą przyjemność w trakcie słuchania „No One Can Ever Know”. The Twilight Sad odświeżają bowiem przeszłość w sposób klasowy. Jako, że są niczym dorosłe dzieci Iana Curtisa, radością nie epatują. Ale smutek również potrafi ładnie się prezentować.