Tides From Nebula – „Earthshine”

17 maja 2011
ok. 2 minut czytania

Sztuką jest przyciągnąć uwagę słuchacza muzyką instrumentalną. Tak, wiem, że podobnie już pisałem. Ale warto to przypominać, bo rodzimych wydawnictw z muzyką instrumentalną za wiele nie ma. Zwłaszcza z kręgu mocnego grania. Instrumentalni twórcy muszą nam coś frapującego przekazać samymi dźwiękami, porwać odbiorcę w podróż przez płytę. Trzeba sprawić, by pogrążył się w utworach i w trakcie ich słuchania wyświetlał w głowie obrazy. Trzeba mieć dar stopniowania napięcia, dodawania niuansów i wyczucie w ich stosowaniu. Tides From Nebula na albumie „Aura” pokazali, że wszystko to posiadają. Do tego tworzą dźwięki z wielką starannością i dojrzałością. Dbają, by całość miała odpowiedni ład i koloryt. Dbają coraz lepiej.

Gdy recenzowałem „Aura”, napisałem o muzyce warszawian: „Coś pomiędzy eterycznym natchnieniem, szybowaniem w kosmosie a wstrząsającą tragedią, z momentami zawieszenia, nawet sielankowości”. Ten opis jest adekwatny również dziś. I nie oznacza to, że Tides From Nebula stanęli w miejscu, proponując wariację na temat debiutu. „Earthshine” jest jak model samochodu tej samej marki o wyższym symbolu. Nie wiem, czy sprawił to udział Zbigniewa Preisnera, który ilustrować muzyką umie przepięknie czy to wynik naturalnego rozwoju zespołu, ale budowanie i różnicowanie klimatu, malowanie dźwiękowych pejzaży, wykorzystywanie pauz, długich dźwięków jest na „Earthshine” dojrzalsze, bardziej wciągające, tajemnicze, baśniowe. Część piosenek muzycy Tides From Nebula napisali w górach, odcięci od miejskiego zgiełku i to na pewno odbiło się na aurze utworów.

Nie wiem, jak oni to robią, ale mimo że kompozycje są w większości długie, nie ma ani chwili nudy, przestoju. Tides From Nebula jak już złapią w swoje sidła, to nie puszczą. Można przy płycie odpocząć, oddać się marzeniom, można też przeżyć dreszczyk emocji. Naprawdę wspaniałych emocji. Słuchać należy w skupieniu, najlepiej nocą, a doznania będą wyjątkowo silne.