Tomasz Makowiecki – „Moizm”

27 października 2013
ok. 1 minuta czytania

Jest pastelowo, w chłodnej tonacji, harmonijnie, bez jaskrawych dodatków i, czego już po okładce nie widać, elektronicznie. „Moizm” będzie sporą niespodzianką dla tych, którzy spodziewali się indierockowego grania, pop-rockowych utworów. Pan Tomasz ucieka z… tropiku. Nie dosłownie, chodzi o kompozycję Marka Bilińskiego. Najnowsze dzieło to bowiem wyprawa w mocno ilustracyjny, syntetyczny, ale niepozbawiony gitar świat. Na myśl przychodzą dokonania wspomnianego Bilińskiego, starego, dobrego Kombi, a w lżejszych, piosenkowych propozycjach np. Kapitana Nemo.
W zestawie mamy trzy rodzaje nagrań. Przebojowe, ze zgrabnymi refrenami (singlowe „Holidays in Rome”, „Your Foreign” z laserowymi elementami, leniwe „A Summer Sale”), bardziej złożone, björkowo-radioheadowe (chodzi o szatkowanie rytmu i klejenie dźwięków) oraz dwa genialne, zadziwiające, niepokojące – „Dziecko Księżyca” oraz szalony, porażający w finale „Ostatni brzeg II”. Jeśli włączyć te dwa numery po sobie, czeka nas wspaniała, pełna niezapomnianych doznań muzyczna podróż.

Szkoda, że Makowiecki nie zdecydował się na wydanie dwóch EP-ek, jednej z piosenkami, drugiej z materiałem ambitniejszym. Doceniam kompozytorski talent Tomka. Potrafi pisać bardzo dobre utwory. Niebanalne, ale fajne. Różnorodne, miłe dla ucha, podskórnie melancholijne, pełne wdzięku i uroku. Na dodatek świetnie wyprodukowane (kapitalne akustyczne wątki). Ale naprawdę, bardzo, bardzo bym chciała usłyszeć kolejną część „Ostatniego brzegu”.