Toto – „XIV”

28 marca 2015
ok. 2 minut czytania

W smutnych okolicznościach ukazała się ta płyta. 15 marca 2015 roku walkę ze stwardnieniem zanikowym bocznym przegrał basista Mike Porcaro. Na albumie jest utwór „Unknown Soldier (For Jeffrey)”, dedykowany, jak sądzę, jego bratu Jeffowi, który odszedł w 1992 roku. Choć cień śmierci jest dostrzegalny, nie jest to w żadnym wypadku płyta smutna. Może trochę sentymentalna, nostalgiczna. A poza tym, jak to u Toto, muzyka skrzy się wieloma kolorami, wspaniale się przenikającymi w każdej z 11 piosenek.

Wiadomo, że wszechstronność i warsztat muzyków Toto są z półki najwyższej. Z półki coraz rzadziej dostrzegalnej na scenie popowo-rockowej. Dziś technologią zastępuje się brak talentu, warsztatu. Toto używa jej tylko do nadania szlifu kompozycjom, które nagrywa w studiu przy użyciu prawdziwych instrumentów, zazwyczaj świetnie się bawiąc w czasie sesji. Ten klimat nadawania na tych samych falach, podążania w tym samym kierunku, posiadania wielkiej frajdy, że tworzy się coś wspólnie, wyczuwalny jest w każdej sekundzie „XIV” i znacząco przyczynia się do świetnego odbioru materiału. Imponuje lekkość, z jaką oni sobie skaczą od popu, pop rocka, przez jazz, elementy latynoskie, hardrockowe.

Muzycy Toto mówili, że ten album jest w ich umysłach kontynuacją legendarnej „IV”, czyli multiplatynowego arcydzieła, ozdobionego megahitami „Rosanna” i „Africa”. Patrząc na to z punktu widzenia feelingu, bijącej po uszach swobody grania, lekkości, może faktycznie jest coś na rzeczy. Nie ma jednak przebojów takiego kalibru jak wymienione, ani nawet kandydatów na takowe. Ale „XIV” jest płytą bardzo równą, na której Toto zamieściło kilka wybijających się, absolutnie fantastycznych piosenek. Perełką najwspanialszą jest podszyty takim popowo-jazzowym klimatem „Chinatown”. Świetnie prezentują się też zaangażowany „Holy War” oraz zamykający całość numer „Great Expectations”, w którym wokale pięknie podzielili między siebie David Paich, Joseph Williams i Steve Lukather.

Żaden ze mnie die-hard fan Toto, ale jeśli tylko wydają płytę, staram się jej posłuchać. To, co tworzą jest na poziomie nieosiągalnym dla większości współczesnych gwiazdek popu. Jest to muzyka dla słuchacza, który zada sobie trud wgłębienia się w nią. Słuchając płyt Toto mam wrażenie, że przez to, co wydają, okazują mi szacunek. Ja zaś szanuję ich za to, że pozostają sobą i nigdy nie przeszli na ciemną stronę komercji.