Twin Shadow – „Eclipse”

20 marca 2015
ok. 1 minuta czytania

George Lewis Jr., jak naprawdę nazywa się artysta, nie porzucił znanej z poprzednich krążków stylistyki. Nadal lubuje się w migoczących syntetycznych dźwiękach, subtelnej elektronice gdzieniegdzie ocieplonej soulem, chętnie sięga po syntezatorowe, ejtisowe motywy. Z tym, że „Eclipse” to płyta większa. Emocjonalnie, muzycznie, dźwiękowo. Po prostu bardziej rozbuchana. Gdyby Twin Shadow był artystą rockowym, można by rzec, iż zmierza na stadiony. Nagrał longplay bogaty, potężnie brzmiący, pełen dramatyzmu, wręcz egzaltacji.

Wątek rocka nie jest zresztą tak całkiem przypadkowy. Niektóre numery, jak „To The Top” czy „I’m Ready”, mają iście hardrockową strukturę. Gdyby dodać gitary, mocną perkusję i teledyski z seksownymi laskami, mamy tak naprawdę power ballady w stylu Whitesnake czy Journey. Ciekawie, alternatywnie wyprodukowany „Turn Me Up” ma natomiast w sobie coś z Genesis przepuszczonego przez etertyczno-synthpopowy filtr. Z kolei „Old Love – New Love” to festiwalowy indierockowy numer na tanecznym podkładzie. Muzyk z Brooklynu potrafi jednak być delikatniejszy, bardziej zmysłowy. „Alone” z udziałem Lily Elise na pewno wzbudzi zazdrość Jessie Ware.

„Eclipse” nie jest wesołą, kolorową płytą. To raczej mroczne, smutne dzieło z pełną siły, wzniosłą muzyką. Z hymnami i lamentami, których słucha się zaskakująco przyjemnie.