Vampire Weekend – „Modern Vampires Of The City”

28 maja 2013
ok. 2 minut czytania

Nierzadko czytając zapowiedzi, czy przedpremierowe wywiady z muzykami, a potem konfrontując to z zawartością muzyczną, odnoszę wrażenie, że zarówno wydawca, jak i artysta starali się zaklinać rzeczywistość, lecz niestety zaklęcia trafiły w próżnię. W przypadku Vampire Weekend jedyne, co się zgadza z zapowiedziami, to ciepłe, głębokie brzmienie. OK, skoro o bogach hipsterów rzecz, niech będzie po raz kolejny epitet „vintage’owe”. Nowojorczycy skorzystali z kilku studiów, a w jednym z nich znajdował się stary analogowy sprzęt, co skwapliwie wykorzystali. Co zaś do piosenek, niewiele dobrego można o nich napisać. Owszem, zespół wybiera z obszernej palety, dlatego słychać mnóstwo różnych dźwięków. Zlewają się w indie pop, indie rock, parokrotnie (tak było też na „Contra”) układają się w mutację radosnego afro popu na modłę Paula Simona z czasów genialnego „Graceland”. Trochę na siłę, i tylko w paru miejscach, można znaleźć ślady tego, co wiele lat temu tworzyli wielcy ziomkowie Vampire Weekend z Velvet Underground. Ezra Koenig i jego kumple ponoć inspirację czerpali przede wszystkim ze swojego rodzinnego miasta. Ale szukali jej chyba w nieco innych miejscach niż Lou Reed, John Cale i reszta Velvetów.

Vampire Weekend pracowali nad płytą prawie trzy lata. Być może to im zaszkodziło. Bo można odnieść wrażenie, że pododawali wszystkiego, co było pod ręką. Nasycili płytę do maksimum. Rezultatem jest bogata dźwiękowo całość, ale niezbyt spójna i pozbawiona napędu w postaci udanego singla, kawałka, który zostanie w głowie długo po przesłuchaniu. Delikatnie wybija się ponad przeciętność „Step”, ale tylko delikatnie. Zwrot w stronę retro byłby trafiony, gdyby sporo z „Modern Vampires Of The City” wyciąć, nadać temu jakiś charakter. Nie zaś tworzyć coś, co sprawia wrażenie patchworku z przypadkowo dobranych składników. Ani to coś na – niech będzie – hipsterską imprezę, ani objazdowy ludyczny show, ani na kontemplacyjny wieczorek przy świecach, ani na czuwanie po zmarłym. Wampiry nie mogą mieć pretensji do Ariela Rechtshaida, producenta, który wcześniej wspomagał Justina Biebera. On swoje zrobił. Zawiedli jego zleceniodawcy. Czyżby kły zaczęła atakować próchnica?