Van Halen – „A Different Kind Of Truth”

26 lutego 2012
ok. 2 minut czytania

Van Halen nagrał naprawdę dobrą hardrockową płytę. Nie wybitną, wielką, niezapomnianą. Już te czasy dla zespołu chyba minęły. Swoje dla rocka gitarowego już zrobili i tego nikt im nie odbierze. Choć Eddie Van Halen gitarzystą wciąż jest wybitnym, jego gra nie powoduje już takiego wytrzeszczu oczu, jak w latach 80. Alex niezmiennie potrafi sobie ustawić świetne, głębokie i naturalne brzmienie bębnów. Piosenki brzmią czysto, soczyście, mięsiście w czym zasługa również speca od rocka i popu Johna Shanksa (m.in. Bon Jovi).

Van Halen kupił mnie emanującą z płyty szczerą radością z grania. Grupa oferuje nam coś w stylu collage’u pomysłów z całej kariery, czego zresztą nie ukrywała przed premierą. Ponoć zaadaptowali nawet niektóre nagrania demo z lat 70. Nic dziwnego, że słyszymy czasem numer w stylu „Running With The Devil”, bardzo szybkie kojarzą się na przykład z „Hot For Teacher”, zaś luzacki „Stay Frosty” to jakby wariacja na „Ice Cream Man” i „Could This Be Magic?”. Wolfgang Van Halen na pewno nie jest basistą i wokalistą klasy Michaela Anthony’ego, i jeszcze jakiś czas nim nie będzie, lecz z powierzonymi zadaniami poradził sobie nieźle. No, ale jak się ma takiego tatę i takiego wujka, ciała dawać nie wypada.

Owa inna prawda Van Halen jest taka, że na stare lata postanowili znów się pobawić rockiem, niekoniecznie już chyba spoglądając na przyrost cyferek na kontach. Bez spinki, udowadniania czegoś komuś. Jak każda ich płyta, także ta równa nie jest, lecz wchodzi szybko, nie nudzi. Nie ma wielkich hitów. Wybranie na singel „Tattoo” było chyba podyktowane wyłącznie tym zapadającym w pamięć „radiowym” chórkiem, bo lepszych numerów na krążku jest co najmniej pięć, by wziąć choćby taki „The Trouble With Never”. Bawiłem się słuchając Van Halen świetnie. A od bardzo dawna mi się to nie zdarzyło.