VNM – „ProPejn”

4 grudnia 2013
ok. 2 minut czytania

VNM długo upajał się sukcesem płyty „Etenszyn: Drimz Kamyn Tru” z lutego ubiegłego roku. Bardzo dobra sprzedaż, wysokie oceny recenzentów przełożyły się na mnóstwo propozycji koncertowych i udziałów gościnnych. To z kolei zaowocowało dużymi przychodami (w „Hajs się zgadza” pada nawet konkretna kwota – 170 tys. zł zarobionych w 2012 r.), ale i kryzysem twórczym, o którym raper opowiedział nam w przejmującym, niezwykle mocnym singlu „Obiecaj mi”. Przed premierą „ProPejn” udostępniono jeszcze „Szempejn papyn”, czyli trzeźwą i celną ocenę środowiska muzycznego. Przede wszystkim jednak to kolejny dowód, że choć jako emce VNM może i przeżywa czasem trudne chwile, poszukując inspiracji, to wciąż zalicza progres w każdym w zasadzie elemencie warsztatu.

Jeśli ktoś nie wierzył, że reszta wydawnictwa dorówna promocyjnym kawałkom, teraz powinien pokornie przeprosić rapera za brak wiary w jego możliwości. To zdecydowanie najlepsze jego dzieło w karierze, przykład tego, jak powinien wyglądać nowoczesny polski rap. Pochwały zacznę jednak od SoDrumatica, producenta wszystkich kompozycji. Nie obchodzi mnie zupełnie, że mocno inspiruje się Boi-1da, T-Minusem i Noahem „40” (tak jak VNM inspiruje się Drakiem, żadna tajemnica), dopóki spod jego ręki wychodzą tak kapitalne podkłady. Zróżnicowane, dopracowane w każdym calu, świeże, niespotykane wcześniej na polskiej scenie. Wszystkie partie pianina, wokalne sample, hi-haty są wpasowane idealnie.

Perkusja nie wyrywa nam kapci z butów, tylko miarowo pobudza do ruszania głową, zaś basy cieszą miękkością. Mam nadzieję, że SoDrumatic ma dobrego publishera, bo osoby z takim talentem powinny mieć możliwość zaistnienia daleko poza granicami Polski. Naprawdę nie zdziwię się, jeśli w ciągu dwóch-trzech lat jego produkcje znajdą się na albumach J.Cole’a, Kendricka Lamara czy artystów z kręgów nowego, kwaśnego R&B. Za bity na „ProPejn” ocena wzorowa, bez żadnej podpórki.

VNM-owi takiej wystawić się nie da, bo wciąż za dużo śpiewa, nie zawsze robiąc to dobrze. Za to od strony technicznej, tekstów i flow – złoty medal! Mnóstwo emocji, szczerości (zamykająca płytę „Blizna” to rapowy numer jeden za 2013 rok w tym względzie), ciekawych historii („Zapiekanki”), dystansu do samego siebie („Bipolar”), ale też to, co od zawsze stanowiło o jego klasie raperskiej – przechwałki i zabawa rapem. To nie jest facet, którego rap spływa po słuchaczu bez śladu. I chociaż zawsze można znaleźć coś, co niby przeszkadza, denerwuje, czego jest za dużo (gadek o popularności, pieniądzach, sukcesie), to ja tym razem od wbicia choćby małej szpileczki się powstrzymam. Świetny przedświąteczny prezent dla fanów dobrego polskiego rapu, który najbardziej docenią osoby śledzące dodatkowo na bieżąco to, co świeże w Stanach. Dla mnie bomba!