Volbeat – „Beyond Hell/Above Heaven”

16 września 2010
ok. 2 minut czytania

Fanom dedykowany jest zamykający krążek „Thanks”. Ale w przypadku tego kawałka, słodkawo-punkowego łojenia w stylu amerykańskim (w ogóle kilka razy na płycie mocno Green Day zajeżdża), jak i wielu innych kompozycji, muzycy mogli się bardziej postarać. Gdzieś zaginęła surowa rockowa moc charakterystyczna dla skandynawskich kapel. Energia nasycona jest dużą warstwą słodu, a spod całości wyziera wyrachowanie. Zniknęła urocza siermięga, choć na szczęście nie całkowicie, bo to byłby dramat. Michael Poulsen brzmi jak zawsze dobrze, a najlepiej w kontrze do zupełnie innych głosów sławnych gości – Mille Petrozzy z Kreatora (przez chwilę country’owy „7 Shots”; na gitarze gościnnie Michael Denner z Mercyful Fate) i Marka „Barneya” Greenwaya z Napalm Death (znakomity „Evelyn”, krzyżówka punka i starych kawałków Celtic Frost).

Volbeat pokazuje w paru momentach, że fajne piosenki pisać potrafi. „Heaven Nor Hell” to udany hołd dla hard rocka pokroju AC/DC z uroczo wykorzystaną harmonijką, „16 Dollars” to coś pomiędzy skocznym rockabilly a „Ballroom Blitz” Sweet, „Who They Are” ociera się o dokonania Metalliki z okresu po „Czarnym albumie”, choć numer psuje kiepskawy refren. Mnóstwo uroku, niczym nie popsutego, ma żwawy „A Better Believer”.

To wydawnictwo nie wynoszące Volbeat na rockowe niebiosa. W piekielne czeluście też Duńczyków nie strąca, choć pewnie tam czuliby się lepiej niż w niebie. Zespół na własne życzenie znalazł się w czyśćcu, a to zdecydowanie nie jest dobre miejsce dla każdej rockowej kapeli. Szczególnie tak fajnej, jak Volbeat. Niech szybko stamtąd zwiewają.