Watain – „The Wild Hunt”

25 sierpnia 2013
ok. 2 minut czytania

Kiedy dziś słucha się „Rabid Death’s Curse” czy „Casus Luciferi”, trudno nie być pod wrażeniem tego, jak Watain ewoluował. Oczywiście blackmetalowi ortodoksi będą psioczyć, że taka muza jak na „Wild Hunt” jest nie true, a muzycy to pozerzy. Niech więc sobie psioczą i pozostaną przy Watainowych albumach sprzed lat. Nie wiedzą, co tracą. A tracą również wściekły, bezkompromisowy, brutalny black metal (np. „Outlaw”, „Sleepless Evil”). Lecz na pewno nie prostacki. Erik Danielsson ze swoimi dwoma kompanami zadbał o to, aby nawet w ekstremalnie ostrych numerach działo się dużo. A to jakieś zwolnienie, a to rozjeżdżająca się atonalnie gitara, wyciszenie, pokręcona solówka, akustyczna gitara, zagęszczone na modłę afrykańskiego obrzędu bębny, sztuczne smyczki. Szwedzi są niezwykle ambitni, nie lubią bez celu stać w miejscu i są też niezwykle skrupulatni w tym, co tworzą. Naprawdę trzeba się postarać, aby znaleźć na „The Wild Hunt” jakieś zupełnie zbędne dźwięki.

Watain zamknął się na pół roku na odludziu, gdzie pisał i dopieszczał piosenki. Tak głosi prasowa notka wydawcy. Słuchając „The Wild Hunt”, nie odnosiłem wrażenia, że to tylko promocyjna ściema. Wszystko jest przemyślane, trzyma się kupy. Cztery miesiące w studiu zrobiły swoje. I nie czuć przekombinowania, zbytniej sztuczności brzmienia (choć do najbardziej true „leśno-piwnicznego” poziomu lat świetlnych brakuje). Prawda, są kawałki, które trafiają do mnie nieco mniej, ale mamy także numery, które ocierają się o geniusz – ponury, instrumentalny „Ignem Veni Mittere”, „Holocaust Dawn”, najdłuższy na płycie, trącący Bathory z drugiego etapu działalności „They Rode On” (z Anną Norberg towarzyszącą Danielssonowi wokalnie), mający podobne umocowanie inspiracyjne „Wild Hunt” i mój osobisty faworyt, ponury, zwalisty, marszowy „Black Flames March”. Jeżeli czegoś już się czepiać, to chyba jedynie tego, że te impresje z Bathory mogłyby być trochę mniej oczywiste. Ale lepiej skupić się na tym, jak wspaniałej jakości black metal gra Watain.

Szwedzi nie tracą nic na potędze przekazu, nie komercjalizują się. Są w tej samej niszy, ale robią wszystko, aby ich sztuka była jak najlepsza, nie idąc przy tym na żadne kompromisy. To podejście już dało znakomite efekty. A coś mi mówi, że da jeszcze lepsze. Ciekawe, jaka będzie odpowiedź legendy black metalu, Mayhem. Zanim się tego dowiemy, koniecznie upolujcie „Wild Hunt”!