Wire – „Red Barked Tree”

29 lipca 2011
ok. 2 minut czytania

Wire, niestety już bez wyjątkowej gitary Bruce’a Gilberta, parę razy delikatnie pokazuje kły. Jakby przypominał, że wszystko zaczęło się w zatęchłej piwnicy i/lub w ciasnym garażu od wyładowywania pokładów punkowej, nieokiełznanej wściekłości („Moreover” bądź „Two Minutes” z przesterowaną gitarą z przodu). Ponadto żywo i skocznie przemieszcza się „Bad Worn Thing”. Przy tym numerze można z powodzeniem się pogibać.

Ale generalnie zespół łagodnie prowadzi nas przez płytę, momentami wywołując rozmarzenie czy zamyślenie delikatnymi muśnięciami, ascetycznie grającej czystej gitary z mocnym echem (świetny „Down To This”). Spokojnym nurtem pewnie płynie klimatyczny „Adapt”. Podobnież zachowuje się „Clay”, wzmocniony perkusyjnie w drugiej części.

Słuchałem „Red Barked Tree” kilkanaście razy, starając się znaleźć coś, jakieś niuanse, które można by wyrzucić. Ale na krążku nie ma zbędnego dźwięku. Brak popisywania się, taniego efekciarstwa. Jest esencja i emocje. Co najważniejsze, emocje te są świeże, płynące od artysty, który nie ogląda się na osiągnięcia z przeszłości, lecz nieustannie patrzy w przód i chce przekazać coś nowego. A piszę te słowa o muzykach, którzy dobiegają sześćdziesiątki.

Nic dziwnego, że Wire inspirowała się ponad połowa światowej sceny alternatywnej i hardcore’owej, z Minor Threat, Black Flag, The Cure i R.E.M. na czele. Nie mam wątpliwości, że ich muzyka będzie silnie wpływała na kolejne generacje muzyków, którym marzy się zostawienie takiego śladu w historii, jaki odcisnął Wire.