Yelawolf – „Radioactive”

8 grudnia 2011
ok. 1 minuta czytania

Jeszcze rok temu 33-letni reprezentant totalnego rapowej dziury – Alabamy – był prawdziwym bohaterem fanów podziemia. Facet każdym kolejnym mikstejpem, EP-ką, gościnnym udziałem, dowodził ogromnej pomysłowości. Był jak prawdziwy wyrzutek, jak rolnik, który kiedyś słuchał country czy rocka, a nagle postanowił zmienić ciągnik na klasycznego Buicka, uprawę roli na pisanie zwrotek, czym bez reszty zaimponował. Interes zwietrzył więc Eminem, zatrudniając Yelę do swojej wytwórni i pozwalając mu na mainstreamowy debiut. Niestety, stało się to, co po cichu wieszczyło wielu fanów hiphopowego wilka. Eminem nie uszanował starego stylu rapera, tylko nakazał mu dostosować się do komercyjnych standardów. W efekcie na płycie mamy mało szaleństwa i oryginalności, za to w nadmiarze obecna jest muzyczna sztampa oraz miałkość. W góra pięciu – sześciu nagraniach słyszymy starego, dobrego Yelawolfa. Takiego, który ze swej „wieśniakowatości” robi atut, niczym kiedyś Bubba Sparxxx. Tyle, że Bubba dostał od Timbalanda muzykę idealnie dopasowaną do jego charakteru, a na „Radioactive” mamy świetnego rapera wsadzonego na siłę w mainstreamowe szaty, kompletnie doń nieprzystające. Liczyłem na coś zupełnie innego.