Yo La Tengo – „Fade”

31 stycznia 2013
ok. 2 minut czytania

Po niemal dokładnie 20 latach Yo La Tengo zdecydowali się na zmianę producenta. Mniejsza o to, czym ta decyzja była podyktowana, ale z pewnością była trafiona. Znany z Tortoise bębniarz i producent John McEntire (nagrywali kiedyś z nim nasi rockowcy z The Car Is On Fire) oraz muzycy tria stworzyli z wielką przyjemnością wchłanianą całość. Przebogatą dźwiękowo, ciekawą aranżacyjnie, zróżnicowaną stylistycznie, spójną, kompletną po prostu.

Muzycznie „Fade” to konstrukcja dość silnie osadzona w post rocku. Chwilami (gdy gitara mocniej zarzęzi na pierwszym planie) w post punku, ale wzmocniona i wzbogacona przez inne, często przenikające się w obrębie jednej piosenki, warstwy. Lekko garażowy rock, który zalatuje Neilem Youngiem, smyczki jakby z jakieś familijnej opowieści filmowej z happy endem wzięte, gitara rozedrgana niczym hawajska albo miauczącą funkowo, oldschoolowe klawisze z nutką psychodeliczności, akustyczne ballady, trochę dęciaków i etniczno-folkowych wtrętów. Sporo, prawda? Ira Kaplan z małżonką Georgią Hubley (w lekko hawajskim „Cornelia And Jane” brzmi jak skrzyżowanie uszlachetnionej Nico z młodą Marianne Faithfull) oraz Jamesem McNewem wszystkie składniki ułożyli w dość żwawą całość, tylko parę razy wyraźnie wyhamowaną. Album, jak mówili muzycy, w warstwie lirycznej dotyczy spraw poważnych i mało wesołych. I tu pojawia się kontrast, gdyż słuchając muzyki na pewno nie zestawimy jej z czymś przygnębiającym, dołującym. Yo La Tengo na „Fade” to raczej zespół dodający otuchy, wprowadzający w rozmarzenie, rozleniwienie, chwilami niemalże zachęcający, na przykład, do cieszenia się życiem na łonie natury. Tak naprawdę w zaledwie paru momentach jednoznacznie melancholijny, wyciszony czy smutny. Kontrast czy też dysonans klimatu muzyki i przesłania tekstów żadnym minusem nie jest. Co najwyżej przykładem na to, że nawet na wielce poważne kwestie, niekoniecznie trzeba spoglądać przez pryzmat wylewania morza łez bądź rozdzierania szat.

Znakomicie słucha się „Fade”, aczkolwiek zalecam koncentrację i wsłuchiwanie się w liczne smaczki, które producent zgrabnie wsunął w tło. Dźwiękowe bogactwo i przede wszystkim sposób w jaki Yo La Tengo z tegoż skorzystało, robią powalające wrażenie.